9 Rok szkolny mija, ja nadal bezczelnie się obijam pod pretekstem pisania nowego podręcznika. Zaprojektowałem w myślach okładkę i na tyle chyba robota posunęła się od września. Okładka będzie czarna.
W sobotę niewiadomo czemu w moim domu Dumbledore postanowił urządzic andrzejkową, jak on to nazwał "imprezkę". Podejrzewam go o socjalizację mnie na przymus, ćpanie albo komunizm. Obcy ludzie w domu to zazwyczaj bystrzy obserwatorzy porządku. Ba, McGonagall posuwa się nawet do irytującego przesuwania palcami po powierzchni mebli i sugestywnego wychrząkiwania, że powinienm zrobić porządek. Człowiek jakby chciał popełnić samobójstwo poprzez zarośnięcie kurzem, to mu nie dadzą. A niby taki wolny kraj. Chcąc nie chcąc, posprzątać musiałem, bo skrzat domowy się na mnie obraził, czy coś w tym rodzaju. Chodziło chyba o użycie jego różowych japonek jako packi na muchy. No ale co ja mogę poradzić, że to jest jedyny sposób na pozbycie się ich bez konieczności zabijania- same uciekają na widok koloru. Samo sprzątanie zajęło mi 5 godzin. Potem zadudnił dzwonek do drzwi, obwieszający, że maskaradę czas zacząć, poprawiłem więc włosy, odchrząknąłem i przykleiłem sobie do twarzy coś, co można było nazwać uśmiechem. Zamiast kulturalnie przychodzić pojedynczo, dzięki czemu miałbym czas, żeby się oswoić, goście przyszli tabunem. Pierwsze zdanie, które usłyszałem, brzmiało "Mogłeś trochę posprzątać!", które oczywiście pochodziło z ust Minerwy. Zacisnąłem pięści, ale uśmiech na mojej twarzy jak był sztuczny, tak pozostał.
Reszta była tragedią. Szanowni państwo sobie pili, wyżarli mi całą lodówkę, mimo iż zasugerowałem im ilość jedzenia dla nich, kładąc je na półmiskach. Dzięki wróżbom, które rzecz jasna były pomysłem pijanego w trupa Dumbledora, jestem teraz szczęśliwym posiadaczem plam z wosku na dywanie. Dodatkowo kazali mi także w tym uczestniczyć, co zaowocowało bezkształtną figurą w miednicy pełnej wody (swoją drogą w miednicy tej zwykle myję sobie nogi, ale o tym gości, z czystej oczywiście sympatii nie poinformowałem). Trelawney zakrzyknęła, że to na pewno jest kobieta, bo ona ma dobry wzrok i to widzi. Spojrzałem się sugestywnie na jej arcygrube szkła w okularach i błagałem w myślach, żeby cały ten cyrk się wreszcie skończył. Skończył się :
a) wybiciem okna przez rozochoconą Pomfrey
b)wybitnie długim dowcipie Dumbledora o łechtaczce, przerywanym jego czkawką. Puenty nie zrozumiałem.
c)bielizną na żyrandolu (wolę nie wnikać czyja)
d)prezentem od Flitwicka w postaci numeru telefonu jego kuzynki- "Mała, ale zna się na rzeczy!". Tym samym wyczerpał mój tygodniowy limit obrzydzenia.
Nigdy więcej, choćbym miał skonać. Severus 2004-11-29 15:54:28 skomentuj (38)
8 Każdemu człowiekowi należą się porządne wakacje. Nie to, że usprawiedliwiam się. Tak wiem, wiem, strasznie długo nie pisałem. Nie zapomniałem jednakże.
Po prostu rozbiłem moją kochaną zieloną świnkę-skarbonkę i wydłubawszy z niej oszczędności postanowiłem sobie zafundować prawdziwy urlop. Taki ze słońcem, piaskiem i innymi gadżetami.
Rzecz jasna z miejsca uszczęśliwiłem się problemem w postaci wybrania biura podróży. Mnóstwo tego badziewia jest na rynku, codziennie zresztą podrzucają mi ulotki pod drzwi, nie pomaga nawet położenie na wycieraczce Kazika, chyba muszę wytresować tego cholernego psa. Zebrałem z 5 najmniej kolorowych ulotek i to właśnie z nich postanowiłem wybrać. Stanowczo odrzucają mnie te wszystkie gryzące róże, błękity i inne paranoidalne kolory. O nie, mnie nie oślepicie, darmozjady.
Po około godzinie rozszyfrowania wszystkich dopisków, gwiazdek i małych druczków, wybrałem najbardziej sensowną ofertę. Egipt. Hotel "Bellissima". Nazwa z niewiadomych względów przypominała mi język włoski, ale postanowiłem nie zagłębiać się w szczegóły. Może to taki chwyt reklamowy.
Zadowolony z dokonanego wyboru, pogwizdując "I'm too sexy", poszedłem do szafy, skompletować potrzebną na wyjazd garderobę. Oto zawartość :
-czarna szata
-czarna szata
-czarna szata
-czarna szata
-czarna szata
I co tu wziąć przy tak bogatej różnorodności? Przed oczyma stanęła mi przeraźliwa konieczność zakupu kąpielówek. Na upartego można się opalać w czarnej szacie, ale obawiam się, że z pływaniem mogą być pewne problemy.
W sklepie czekała uśmiechnięta, pryszczata sprzedawczyni, która nie wyglądała na taką, która zna się na rzeczy. Uznawszy temat kąpielówek za zbyt intymny na rozmowę z pryszczatą małolatą ( a gdyby, na Merlina, spytała mnie na przykład o rozmiar?! o nie, nie, nie ma mowy!), wybrałem się do hipermarketu, gdzie można spokojnie pooglądać coś tak osobistego jak kąpielówki, bez narażenia na spojrzenia w okolice kroku i niepotrzebne komentarze. Asortyment w hipermarkecie niestety nie był zbyt bogaty. Lekko się zmieszałem, nie znajdując niczego w kolorze czarnym. Poddenerwany byłem po odkryciu braku czegokolwiek bez wzorku, a przerażony przy uświadomieniu sobie treści wzorków. Hipermarket uraczał męskie pupy li i jedynie kąpielówkami w
a) misie
b)szczerzące zęby owoce z oczami
c)kopulujące króliki
Dodatkowo kolorystyka iście jarmarczna. Klnąc nawet nie cicho, capnąłem pierwszą z wierzchu parę z misiami o twarzach nieskażonych myślą i udałem się do kasy. Kasjerka starała się być sympatyczna i spytała
-Za granicę?
-Tak, a skąd pani wiedziała?
-No chyba nie nosiłby pan takiego szkaradzieństwa w ojczystym kraju?
Tu sugestywnie rzuciła spojrzenie w kierunku mojego kroku. Cholera. Od dzisiaj nawet chleb kupuję przez internet.
Wszelakie jednak przeżyte rozterki, przesłaniała mi wizja udania się luksusowym samolotem aż do pięknego hotelu w Egipcie.
Dlatego też niemal udławiłem się przeżuwanym kawałkiem drożdżówki, kiedy zobaczyłem koromysło stojące na lotnisku. "To" było małe, w kolorze odrapanej czerwieni, z wyraźnym odchyleniem jednego skrzydła od normalnej pozycji, oraz z wyciekającym spod blachy bliżej niezidentyfikowanym płynem. Obrazka dopełniał brzuchaty człowiek w brudnej koszulce i czapce z daszkiem, wesoło dokręcający jakąś śrubę.
I tak wizja luksusowego samolotu samoczynnie prysnęła, ustępując miejsce brutalnej rzeczywistości. Brzuchaty osobnik okazał się być pilotem i na moje usilne pytania o luksus zapewniony w ulotce, reagował tylko śmiechem. Bądź kaszlem. Dodatkowo pilot okazał się być nawyraźniej przemytnikiem kur, gdyż to właśnie na ich towarzystwo byłem skazany. Jak również na kilku innych idiotów wierzących w ulotki biur turystycznych. Kilka godzin lotu urozmaicone było
a)gdakaniem
b)zapachem kur
c)rozmową ze spoconym łysiejącym jegomościem
d)wyprawą do łazienki w celu sprawdzenia swojego stanu spocenia
e)wyprawą do łazienki w celu sprawdzenia stanu owłosienia na głowie i postępu łysiny
f)wyprawą do łazienki w celu oddania moczu
g)zjedzeniem pokładowego specjału dziwnie przypominającego pastę do zębów
h)projekcją filmu dla samotnych kobiet po trzydziestce. Frustrujący.
W myślach powtarzałem sobie "hotel będzie luksusowy,hotel będzie luksusowy...". Jedynie to zatrzymywało mnie przed skokiem z "samolotu" bez spadochronu.
Kiedy po tych kilku godzinach wreszcie wylądowaliśmy, odczułem falę napływającej ulgi. "Za chwilę położysz się w swoim pokoju". Moją uwagę przykuł wielki, piękny hotel tuż przed nami. Przewodnik prowadził nas w jego stronę. Z tym, że tuż koło niego skręcił w lewo. Tam stał szarawy baraczek, z zaglonionym basenem obok. Starając się nie zamordować przewodnika na miejscu, jakkolwiek poważnie myśląc o jego kastracji, wycedziłem przez zęby:
-To nie wygląda jak na ulotce.
-To przez to oświetlenie.
Zatkało mnie, postanowiłem jednak się odegrać, obsikując w nocy wycieraczkę. Zbliżenie do drzwi i panujący tam zapach, sugerowało jednak, że już paru ludzi mściło się w ten sposób.
Przewodnik wesolutko udał się do pięknego hotelu obok, zdając nas na dolę i niedolę budyneczku z opadającym tynkiem. Przetarłem oczy, bo zdawało mi się, że widzę grzyb. Nie, jednak mi się nie zdawało.
Szczegółowy opis mojego pobytu w wiosce POD Egiptem sobie daruję, bo kilkoro z was zaczęłoby poważnie myśleć o samobójstwie. Także przedstawię wam pokrótce.
1)Przez 3 dni pod rząd spożywaliśmy mielone. Kiedy w stołówce skończyło się mięso, byliśmy skazani na ziemniaki.
2)Opaliłem się na czerwono.
3)Z pleców schodzi mi skóra.
4)Dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy, np tego, że nie staje się na meduzach.
5)Ukradziono mi portfel.
6)Jakiś przemiły staruszek mówiący po niemiecku, klepnął mnie po tyłku.
7)Kąpielówki bo bliższym przyjrzeniu się okazały się być stringami. Misie okazały się być misiami.
8)Zgubiłem klucze od domu.
9)Oraz drugi portfel.
No ale wróciłem w jednym kawałku, to zawsze plus. Odebrałem Kazika od Dumbledora, z satysfakcją dostrzegając w jego domu pogryzione i obślinione meble. Usiadłem w fotelu, z kubkiem przesłodzonej herbaty. Stanowczo chrzanię wywoływanie zdjęć.
Budząc się rano z przeraźliwego koszmaru, w którym biegała za mną moja mama w czarnym fartuchu, z wałkiem w ręku, krzycząc żebym siedział prosto przy stole i codziennie zmieniał bieliznę, miałem nadzieję, że dzień zabije obawy. Niestety nie tylko ich nie zabił, a dobił- nie je, a mnie. Otworzyłem oczy ze świadomością, że to właśnie dzisiaj odwiedzą mnie moi rodzice. Chciałem wyskoczyć szybko jednym ruchem z łóżka, niestety przeliczając się ze swoją kondycją fizyczną. Niemiłosiernie chrupnęło mi coś w kręgosłupie, no tak nastolatkiem byłem jakieś... o cholera, strasznie dużo lat temu. Zgięty w pałąk, przyglądałem się podłodze i wołałem Kropka, żeby przyniósł mi jakiś eliksir na wyprostowanie. Idiota wrócił za chwilę podniecony z eliksirem na impotencję.
-Nie TO wyprostowanie, ofermo.
Kropek zachichotał i za chwilę przyniósł mi buteleczkę, która to na szczęście postanowiła mi wyprostować się, jak normalnemu człowiekowi. Przejrzałem się w lustrze- nie, no taki stary to jeszcze nie jestem. 40 lat to wcale nie dużo. Wcale wcale wcale. Za to strasznie rzucała się w oczy konieczność umycia włosów. Bleh.
Obiad miał na szczęście przygotować Kropek, z zadowoleniem też stwierdziłem, iż posprzątał i pozbierał swoją garderobę. Miałem więc czas na zrelaksowanie i przygotowanie się pod względem psychicznym na oczekiwaną wizytę. Zrobiłem sobie kawy, wziąłem do ręki album ze zdjęciami, usiadłem w ukochanym fotelu Cat i powoli zacząłem oglądać. Gdyby była ze mną moja mała, to nie byłoby tak strasznie. Naprychałaby na nich, mnie pewnie wychwaliła i wyszliby tuż po deserze. Usilnie starałem się przypomnieć najlepsze teksty Cat, którymi posługiwała się przecież tak często. Bluzgać nie zamierzałem, chociaż był to jej ulubiony sposób, ale już widzę jak zareagowałaby na to moja matka. Nie, bluzganie odpada. Z głośnym "siorb" pociągnąłem trochę kawy z kubka. Miałem z tego niejaką satysfakcję, wiedząc, że moja matka nie znosi siorbania. "Siorb, siorb, siorb". Od razu lepiej. Z zadowolenia zamknąłem oczy. Najwidoczniej musiałem przysnąć, gdyż...
-"Severusie, masz natychmiast otworzyć!" ŁUP ŁUP ŁUP (najprawdopodobniej w drzwi). 'Doskonale wiem, że tam jesteś! Otwieraj! Otwieraaaj!"
Z przerażeniem zeskoczyłem z fotela, rozlewając zimną już kawę na jasny dywan. Przez chwilę zastanawiałem się co będzie gorsze, przetrzymanie rodziców jeszcze przez minutę za drzwiami, czy moja matka szydząca z plamy na dywanie. Przesunąłem fotel, tak by przykrywał nieszczęsną plamę, przeżegnałem się w duchu i podszedłem do drzwi, które aż uginały się przy każdym uderzeniu ręki mojej matki. Nie da się ukryć, Matylda Snape miała pięść niemal tak mocną jak język, co oczywiście nie jest komplementem, ale ona jest z tego dumna. 3..2..1..
-Dziiiień dobry mamusiu!
-Severus! Czemu ty jesteś tak niechlujnie uczesany? Guzik ci odpada, masz otoczkę od kawy wokół ust, jakieś chwasty rosną w twoim ogródku, a kwiaty, które kazałam ci zasadzić nie mają słońca. Jakiś dziwny zapach, pewnie sam gotowałeś i ci się przypaliło jak zwykle. Albo chciałeś otruć własnych rodziców, ja bym się temu nie dziwiła, zawsze byłeś niegrzecznym dzieckiem, nie to co twój cudowny brat Sorrow! Źle chodzi ci zegarek w hallu... Czemu nic nie mówisz? Z własną matką żal się przywitać?
-Ja właśnie...
-Raz do roku łaskawie zgadzam się przyjść do ciebie, jak każda kochająca matka, a ty? Jak ty mi się odwdzięczasz! Urodziłam cię, nawet nie wiesz, jak kopałeś podczas ciąży. Byłeś najbrzydszym dzieckiem jakie widziałam, ale ja się jeszcze tobą chwaliłam! Tak, tak. Wyżywiłam cię z własnej kieszeni,a ty co? Spalony obiad chcesz nam podać. Uczesz na Merlina te włosy.
Chwyciła grzebień leżący na szafce w hallu i zaczęła mi wyrywać włosy. Z założenia chciała mi zapewne poprawić fryzurę. Modląc się w duchu żeby nie zostać łysym, poddałem się z pokorą tej czynności i zagryzałem wargi z wściekłości, że boję się jej cokolwiek powiedzieć. Kiedy skończyła, o dziwo wyglądałem normalnie. Słabym ruchem ręki pokierowałem rodziców do salonu. Mignął mi nieśmiały uśmiech ojca. Biedaczek, również bał się cokolwiek powiedzieć. Mrugnąłem przyjaźnie w jego stronę i posadziłem na wygodniejszym fotelu. Niech ma tatuś coś z życia.
Po godzinie dowiedziałem się, że mam paskudny salon, krzywy stół, a śnieżnobiały obrus może niektórym wydawać się poplamionym. Zupa była zbyt wodnista i za słona, ziemniaki źle ubite, kotlety żylaste, a surówka miała za dużo marchwi. Deserem na szczęście mamusia się udławiła, więc pozostał jedyną nieskrytykowaną potrawą. Kropek uwijał się jak mógł i cały czas uśmiechał, ale matka traktowała go tak okropnie, że przyrzekłem sobie w duchu wybrać się do centrum Hogsmeade i kupić mu nowe stringi. Pod koniec zdolny byłem nawet obiecać mu, że posłucham z nim Backstreet Boys. Ekstremalne warunki doprowadzają do ekstremalnych decyzji.
Wieczorem, ze sfatygowanymi od wrzasków uszami i szczęką bolącą od udawanego uśmiechu zamknąłem drzwi. Zgarbiony powlokłem się na fotel, anemicznym głosem poprosiłem Kropka o ziółka i włączyłem telewizor. Tysiąc pięćset osiemnasty odcinek "Nieszczęsnej Esmeraldy". Ciekawe, z kim dzisiaj zdradzi ją Antonio.
Resztę wieczoru spędziłem oglądając serial. Miło widzieć, że inni na świecie też cierpią. Nawet jeżeli z powodu osobnika o imieniu Antonio. Severus 2004-06-20 17:45:18 skomentuj (14)
6 Już w Biblii było powiedziane "nie znasz dnia ani godziny". Tak było i w moim przypadku. Niczego nieświadomy, ba! nawet całkiem zadowolony ze swojej prymitywnej egzystencji spędzałem popołudnie w towarzystwie Kropka, który zawzięcie szydełkował różowe stringi, Kazika, który z braku innych zajęć po prostu się ślinił, a także opakowania draży kokosowych i butelki soku marchwiowego (który to zakupiłem w pełnej konspiracji, widząc kuszący napis o brzoskwiniowej cerze. Lockhart może mieć brzoskwiniową cerę, to mogę i ja. A co! Cokolwiek brzoskwiniowa cera ma nie znaczyć. Yyy a jak wyrosną mi włoski na twarzy?). Telewizor cicho gadał o odkurzaczu parowym, a ja czytałem "Trucizna też człowiek", pogryzając od czasu do czasu kokosowe cudeńko. Ot dzień jak codzień.
Oczywiście zdajecie sobie sprawę, iż taka sytuacja nie mogłaby trwać zbyt długo.
Uchylonym oknem wleciała sowa z listem. Nawet nie musiałem go czytać, sama sowa przyprawiła mnie o ciarki na plecach. Tak, tylko jedna osoba ma czarną sowę z czerwonymi oczami. Przełknąłem ślinę. Mama.
Drżącymi rękami wyjąłem kopertę z nóżek sowy, która natychmiast prysnęła i wkrótce przestałem jej się dziwić. To nie był zwykły list, to był wy...
"JAK MOŻESZ OD KILKU MIESIĘCY NIE ODWIEDZAĆ MATKI! TY DRAPICHRUŚCIE, NIE TAK CIĘ Z OJCEM WYCHOWYWALIŚMY! PEWNIE ZNOWU PIJESZ! ZDECYDOWALIŚMY Z OJCEM CIĘ ODWIEDZIĆ, SKORO SAM NIE PRZYCHODZISZ! RADZĘ CI BYĆ JUTRO W DOMU, SPODZIEWAJ SIĘ NAS NA OBIEDZIE!"
List zaczął psyczeć, zupełnie jakby zataczał się ze śmiechu, zapalił się i szybko spopielił.
Ładnie. Po prostu pięknie. Jutro przychodzą moi rodzice. Trzeba sprzątnąć mieszkanie, umyć okna, poprać firanki, dywany, umyć wszystkie przybory do elisirów, odkurzyć książki, umyć włosy, obciąć paznokcie i na miłość Boską schować walające się po dywanach części garderoby tego bezczelnego skrzata.
Spojrzałem w lustro.
"Chłopie, masz 40 lat, a nadal boisz się, że skrzyczy cię mama. Żałosne"
"Żałosne"- odpowiedziało odbicie.
Ze zrezygnowaniem klasnąłem dłonią w czoło.
5 W życiu każdego mężczyzny musi nadejść kiedyś ten dzień. Zdawałem sobie sprawę, że nie będę pominięty, ale drastyczność tego wydarzenia niemniej mnie uderzyła. Otóż znalazłem dzisiaj rano w swoich bujnych i zdrowych kruczoczarnych (dotychczas jak widać!) włosach pierwszą siwą nitkę.
Czy to oznacza początek demencji starczej? Czy to oznacza , że niedługo WSZYSTKO mi uschnie? I w ogóle? Znowu zaczynam odczuwać bolesny brak mojej dziewczynki, bo ona na pewno potrafiłaby mi wyjaśnić co i jak. Tak jak mi objaśniła działanie krawata,ale to w tym momencie nie ważne. Cholerną siwą nitkę skwitowałem krótkim "No żesz chuj", które to wyrażenie miało w tym momencie wymiar uniwersalny i wyrażało wszystkie moje frustracje związane ze światem.
Z fantem należało bezwzględnie coś zrobić.
Ponieważ obecnie jesteśmy w stanie świąt (a tak w ogóle, Wesołego Jajka wszystkim!), sklepy są raczej nieczynne. To zabiło w zarodku mój pierwszy plan. Drugi przyszedł dopiero po kubku kawy (aha, trzeba kupić nowy czajnik, ten się znowu dziwnym trafem przypalił). Trzeba na gwałt poszukać jakiegoś zaklęcia. Nie zamierzam godzić się ze starością, a co by dopiero powiedziało moje wierne grono fanek (nie to, żebym o nich myślał czy co, ale hmm no wiecie). Chcąc nie chcąc musiałem pogrzebać w dawnych zasobach książkowych mojej dziewczynki. Po przeszukaniu tabuna książek, w których widniały zaklęcia między innymi na 24-godzinny błyszczyk, paznokcie z futerkiem i magiczne wzory na włosach łonowych, trafiłem wreszcie na zmianę koloru włosów. Wycelowałem w nieszczęsnego włosa i wymamrotałem formułkę.
Nnno! Jestem znowu młody i wspaniały. Pójdę sobie zrobić herbatkę i obejrzę w telewizji "Na dobre i na złe". Poważnie się zastanawiam nad zarostem takim jak ma doktor Burski.
Hmm zobaczmy jeszcze raz w lustrze, czy na pewno nie ma jakiegoś siwego paskudztwa.
O cholera. Dlaczego mój nowy czarny włos ma granatowy pobłysk? Severus 2004-04-11 23:47:50 skomentuj (14)
4 (na wasze życzenie) Gdzieś mówili, że trudne jest życie kobiety w wielkim mieście. Trudne, to jest moi drodzy życie faceta w małej wiosce. Otóż tubylcze dziołchy (bo inaczej tych napalonych samic nazwać nie można), uznały najwyraźniej iż moją żałobę można uznać za odklepaną i zaczęły się do mnie delikatnie mówiąc, przychrzaniać. Nie pomagały Crucia ("ah, jesteś taki seksownie okrutny!!"), trujące eliksiry, zostawianie ich sam na sam z Kropkiem i jego wydepilowanymi i przypudrowanymi pośladkami. Nic! Jedno wielkie, cholerne nic!
Z niewiadomych też dla mnie przyczyn owe przedstawicielki płci pięknej (chociaż patrząc na nie, zostanawiam się , gdzie też to piękno... może mają bogate wnętrza, hm?), wspominały o zasłyszanej gdzieś plotce dotyczącej eee no tego. Nie napiszę tego, chociaż w sumie z takiej plotki powinienem być dumny, ale nie mam ochoty, żeby ktoś w to wnikał. Kto widział, ten nie zapomni, tyle wam powiem, o!
Jakoś nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że w Hogsmeade jest tyle samotnych (i zdesperowanych) kobiet. Ale koniec tego tematu. Komuś z zewnątrz mogło się to wydać śmieszne, ale ja nadal jestem w żałobie i zamierzam w niej trwać. A żadna z moich wymuskanych wielbicielek nie może się równać z piękną duszą, która była zaklęta w nimfim ciele. Wynocha więc garnki myć i buraki plewić, prostaczki!
Dzisiaj położę świeże kwiaty na trawie, koło krzyża, tam, tuż za Elk House. Róże. Takie lubiła najbardziej.
*Uwaga autorki*Żeby nie było wątpliwości. Ten blog jest nastawiony na treści humorystyczne, ale należy zauważyć, iż jest także pomnikiem, przynajmniej dla mnie. Proszę zatem o uszanowanie treści poważnych i osoby Cat, w którą to postać wlałam niegdyś tyle życia, a którą zakończyłam kilkoma kliknięciami na klawiaturze. Podziękujcie filipince.pl *Koniec uwagi*
No i cóż mam powiedzieć... Plan się udał połowicznie. Zakupów nie zrobiłem. Zalewałem za to niemiłosiernie robaka pod "Trzema miotłami". Chyba jeszcze w życiu tyle nie wypiłem. Kiedy kiwając się półprzytomnie na stole piłem kolejną tequillę, ujawniło się moje jak zwykle nieopuszczające mnie szczęście.
-Profesorze?
$%^#@
-Mllfoy? Co ty ttt robisz? Sto punktww od Grfindrru!
-Ale ja jestem w Slytherinie..
-Nie pierdacz mi! Jesss jeszsze tequilla?
Później jakimś cudem obudziłem się pod Elk House. Co się działo w międzyczasie, nie wiem.
Ale postanawiając wziąć się w garść, kaca nie leczyłem już piwem. Łyknąłem jakieś badziewie i zapłaciłem sowie za gazetę. Taa w tym syfie się nie da wytrzymać. Przeszukałem niedbale ogłoszenia. "Panienka na noc, magiczne trzy sutki". Bosh. "Grabie ogrodnicze". A do czego to służy? "Bierki wyczynowe". Gdzieś leżały... Jest! "Skrzaty domowe-pośrednik". Zatrudnię jakiegoś obrzyda i odejdzie przynajmniej jedna rzecz. Jedzenie mam zamiar nadal przypalać. Takie jest lepsze.
Około południa przybył obleśny pośrednik z zawadiackim wąsikiem zdradzającym spożycie jajecznicy na sniadanie i z gromadą małych, paskudnych i szczerzących się kurdupli. Kłaniały się w pas i wyczyniały jakieś dziwne rzeczy, zapewne żeby się popisać. Postanowiłem wybrać tego, który będzie najmniej gadał. Ale niestety pośrednik zaplanował małą prezentację. Kręciły się po całym domu, przedstawiały i prezentowały swoje szykowne poszewki i serwetki. Jeden miał na sobie różowe damskie figi i kręcił pośladkami jak chodził. Ale był czyściejszy niż inne i nie śmiał się głupkowato...
Tak więc Kropek ze mną zamieszkał. ("mów mi Krejzi, panie"). Chcąc mieć spokojnego skrzata domowego, dorobiłem się skrzata homo, ktory nosi różowe majtki i ściera kurze puchatą miotełką. Dodatkowo zmywając naczynia śpiewa piosenki Krzysztofa Krawczyka, a jak się kąpię, cały czas sprawdza czy mam ręcznik. Chyba zacznę spać w spodniach.
Niemniej jednak zrobiło się czysto. No, i przygarnąłem Kropka... Severus 2004-01-06 19:50:11 skomentuj (8)